niedziela, 19 marca 2017

Mój pierwszy dzień na emigracji i pan Awekmła w akcji

  To było ponad pięć lat temu, choć często wydaje mi się, że zdarzyło się wczoraj. Spakowałam walizki, wsiadłam do autokaru i odjechałam w siną dal. Może nie tak siną, bo Italia nie leży na końcu świata, niemniej z kraju do niej daleko i trochę kilometrów trzeba przejechać. Można też przelecieć, ale jako że nienawidzę latać, do Włoch zdecydowałam się pojechać autokarem, co robiłam zresztą często i nigdy nie miałam żadnych kłopotów. Zawsze jednak musi być pierwszy raz i "kłopotem" okazał się pewien Francuz, którego na własne potrzeby nazwałam panem Awekmła, ponieważ Polak z nim podróżujący przez te dwadzieścia kilka godzin jazdy mówił do niego jedynie "avec moi" (podejrzewam, że nic więcej po francusku nie potrafił powiedzieć), co chyba znaczy "za mną". No i pan Awekmła, jakkolwiek za mną nie chodził, to okazał się nad wyraz uciążliwy.

  Pan Avekmła był mężczyzną dobiegającym pięćdzięsiątki, wyróżniał się pokaźnych rozmiarów brzuchem, gęstym zarostem i tym cholernym przekonaniem, tak typowym dla obcokrajowców w średnim wieku, że skoro już są cudzoziemcami, to każda Polka na nich poleci, obojętnie ile lat by nie miała (oczywiście im młodsza, tym lepiej). Tak więc Awekmła po wejściu do autokaru od razu ogarnął wzrokiem jego wnętrze, pooglądał konkurencję (na bank pomyślał, że nie ma żadnej) i usadowił się koło grupki kobiet, w tym niestety obok mnie. Kiedy Polak przy nim się krzątający zobaczył, gdzie siedzi jego szanowny pryncypał, zaczął się wydzierać na pół autokaru: "Aleś wybrał miejsce, tu będzie niewygodnie, chodź bliżej, avec moi, avec moi". Francuz nie przejął się jego słowami, otworzył puszkę piwa i zaczął mruczeć pod nosem Marsyliankę, a jego kompan Polak nie miał innego wyjścia, jak się do niego przyłączyć. Przez pierwsze dwie godziny jazdy wraz z "towarzyszkami niedoli" byłyśmy zmuszone wysłuchiwać hymnu polskiego na przemian z francuskim, a towarzyszyły temu głośne beknięcia pana Awekmła, najkręcającego się coraz bardziej i wyraźnie zadowolonego ze swych gardłowych umiejętności.

  Najgorsze jednak przyszło nocą. Pan Awekmła wyczerpany śpiewem, wygłupami, alkoholem i czipsami (pochłonął ich chyba pięć paczek) wreszcie zasnął i wydawało się, że czeka nas kilka godzin spokoju, a tu masz ci los, obudziła nas śmierdząca niespodzianka. Kiedy byliśmy już blisko włoskiej granicy, pan Awekmła zaczął puszczać głośne i śmierdzące bąki, nie przejmując się wcale tym, iż każdy je słyszy. Przez kilkanaście minut pierdnięcia Francuza zagłuszały ciszę nocną, a powietrze przesiąknęło smrodem unoszącym się znad fotela jegomościa. Na domiar tego okazało się, że toaleta w autokarze się popsuła, gdyż Awekmła ją zapchał (nie muszę pisać czym). Tego było już za wiele dla jego sąsiadek, toteż otoczyłyśmy kompana Awekmła i zażądałyśmy stanowczej interwencji. Koleś obiecał, że zrobi, co w jego mocy i gdy obudził swojego szefa, usłyszałyśmy z jego ust polsko-francusko-hiszpańsko-angielską mieszankę wybuchową:

-Les kobietos łonts ken ju stoping mejking kłestos bonkos, purkuła kaputs, moreros tutes. Komprendos? Fajn, fajn, avec moi.

  Awekmła nie miał najmniejszej ochoty dostosować się do naszych oczekiwań i po przekroczeniu włoskiej granicy rozkręcił się jeszcze mocniej. Mój pierwszy dzień na włoskiej rozpoczął się zatem naprawdę nietypowo, bo od ciężkich wiatrów pana z Francji. I tak sobie myślę, że namaścił on moje emigracyjne losy, jako że odkąd mieszkam w Italii, to nie robię nic, tylko zbijam bąki. Wielka szkoda, że nie spotkałam w autokarze jakiegoś biznesmena.




  Powyższy tekst to moja kolejna (i mam nadzieję, że nie ostatnia) przygoda z Klubem Polki Na Obczyźnie. Projekt nosi nazwę "Pierwszy dzień w moim nowym kraju", a poczytać o nim możecie na klubowym blogu. Do następnego razu!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz